library bathroomMoje życie jest nieustannym dążeniem do tego, żeby już niczego nie musieć robić, ale pozwalam sobie na ten luksus dopiero po zrobieniu WSZYSTKIEGO. Czyli nigdy. Mam coraz mniej siły a coraz więcej zobowiązań, kraina wiecznego odpoczynku leży coraz bardziej poza moim zasięgiem, zamiast, żeby jej słodki obraz przybliżał się i wyłaniał, coraz ostrzejszy, zza horyzontu zdarzeń. (jak to pięknie określają fizycy teoretyczni.)

Kiedy się nakręcają sprawy, piętrzą papiery, a jeden telefon goni drugi myślę z przerażeniem, że nie mogłabym teraz nawet umrzeć! A co dopiero spocząć w fotelu. Nie ma mowy żebym mogła spokojnie umierać ani już, ani za tydzień, ani nawet na koniec roku. A co, jeśli umrę w biegu? Nie zdążę wszystkiego rozwiązać, zakończyć, wyciszyć, doprowadzić do finału. Umrę rozmawiając przez telefon. Umrę dokładając do pieca, umrę z widłami, z pogrzebaczem, z miotłą albo ze ścierką, z rozpoczętym postem, mailem, niedokończoną wiadomością, a nie ze świętą księgą w dłoniach splecionych na białym prześcieradle, wypróżniona i zadowolona. Dlatego proszę życie, żeby mi pozwoliło jednak jakoś to składnie i po kolei zakończyć, czyli ja na końcu. Nie chcę umierać za pięć dwunasta. Chcę zacząć umierać dużo wcześniej. Chcę JUŻ zacząć umierać!

Umierać mając poczucie, że nikt beze mnie nie umrze. Że nikomu już nie jestem potrzebna. Że nikt już szczęśliwie niczego ode mnie nie chce i nagle nie zechce.

Chcę mieć czas, żeby wszystko, co mi się wydarzyło, przetrawić .

Przetrawić i opróżnić korytarze umysłu jak poskręcane, pełne jelita.

To, co mi życie oferuje jak ochłap, jak próbkę kremu wystarczającą na jeden policzek, to krótkie chwile siedzenia w jednym miejscu, od wielu lat ograniczające się do trzech wersji powyższego . Mianowicie za kierownicą, na koniu i na kiblu. Dwie pierwsze wykluczają wszelkie rozważania . Ciało wklejone w fotel kierowcy lub siodło, dynamicznie się przemieszcza i jest odpowiedzialne za trajektorię swojego lotu. Niby siedzisz, ale książki nie poczytasz, ani Ameryki nie odkryjesz, bo się zabijesz. Trzecia opcja – kibel – daje dużo większe możliwości skupienia myśli i owo skupienie jest tutaj bardzo szeroko pojęte i bardzo na miejscu. Na kiblu przeczytałam całego Prousta, na kiblu się uczyłam, wymyślałam celne riposty i odkrywcze sentencje . Było to przez całe lata jedyne miejsce gdzie mogłam się legalnie zamknąć i być całkowicie sama. Przeżywałam tam swoją śmierć w mikroskali, zostawiając za drzwiami „świat and ludzi” i mając świadomość jak żałosna jest to namiastka prawdziwego umierania, dostojnego odchodzenia. Ale cóż, lepszej na razie nie było. Zamykając klapę i książkę byłam gotowa do życia po śmierci czyli umycia garów i wysłania dzieci do szkoły. Swoją drogą dzieci też do szkoły na ósmą nie chciały iść twierdząc, że bez posiedzenia w łazience pobyt w szkole jest podwójną męczarnią a jak posiedziały, to już była dziesiąta. Obawiam się, że nigdy w swojej karierze nie zdążyły na czas do szkoły.

Zawsze kochałam zimę, ciszę, samotność, starość i śmierć, i zawsze chciałam być pustelnikiem. Dobrze mi się kojarzy słowo „banicja”, „odosobnienie” i „cela”. Życie stanowi dla mnie wartość tylko jako pokarm, który szybko lecę strawić. Niemożność spokojnego wypróżnienia jest tak samo potworna w wypadku ducha jak i ciała. Cokolwiek przeżyję – lecę z siebie wydać, wyszeptać, wysłowić, wykrzyczeć, wyartykułować, wyrzucić. Żyję po to, żeby trawić, przerabiać, przelewać na papier, przemyśliwać , porządkować w głowie, to mój jedyny sposób korzystania z życia.

Cała sztuka i kultura jest efektem trawienia, a największe dzieła literackie i malarskie powstają jako odpad, produkt uboczny tego, co wchłaniamy za pomocą zmysłów, czym nas karmi społeczeństwo, historia , no i natura z jej pięknem i grozą. Im wrażliwiej żyjemy tym subtelniejsze są nasze wytwory. Jesteś tym co jesz, także symbolicznie – tym, co cię zajmuje, co chłoniesz, trawisz i przerabiasz na kulturę.

Szalone tempo życia, jakie sobie sama narzuciłam ostatnio powoduje kompletne rozstrojenie mojego duchowego rytmu. Wszelka działalność społeczna jest dla artysty zabójczą porcją tłustej, ciężkostrawnej brei. Zamiast pisać i malować gwasze, których mam tyle pod powiekami – tkwię na zatłoczonej plaży i odwracam żuczki. Już nie myślę o każdym z osobna, tylko odwracam jednego po drugim z rozpaczą stwierdzając, że nie ubywa… Odwracam a wokół gromadzą się gapie. Każdy ma jakieś uwagi, pokazują mnie sobie palcami, komentują. Jedni lubią, że je odwracam, inni nie lubią. Coraz więcej ludzi zbiera się dookoła, obserwuje mnie i śledzi, patrzy, czy dobrze odwróciłam, czy się nie pomyliłam, czy któregoś nie pominęłam. Coraz trudniej mi się ukryć, rozpłakać lub właśnie nie rozpłakać. Schodzę ze swojego posterunku tylko za potrzebą. I tylko ja wiem, że ta potrzeba nie dotyczy wyłącznie kiszek.

Ne mam pojęcia co zrobić, żeby po odwróceniu ostatniego żuczka mieć jeszcze spokojną chwilę na powolną śmierć. Nie mogę przyśpieszyć odwracania ani przestać odwracać. Wkręcona w kierat publicznej działalności mam dwa wyjścia – oba do dupy. Mogę rozpędzić to tak, żeby któregoś dnia spokojnie odejść i powierzyć kolejne żuczki armii wykwalifikowanych odwracaczy, obawiam się jednak, że życia nie starczy, w przeciwieństwie do żuczków, tych starczy na dwa pokolenia. Nie umrę ci ja w spokoju tylko dostanę w łeb korbą. A drugie wyjście – to zostawić kolejne żuczki własnemu losowi . Ale wtedy zawsze będę myśleć o tych, które zostały a nie o tych, które szczęśliwie podreptały do domu. I to też mnie zabije szybciej i boleśniej, niż bym chciała być zabita. Gombrowicz zostawił żuczki. Ale ja nie jestem Gombrowiczem, chociaż sam Gombrowicz też nie wiedział że jest TYM Gombrowiczem.

Nie zostawię żuczków, proszę się odsunąć, zaraz wracam, idę tylko do kibla.