ŚWIĘTE CHWILE SKUPIENIA

library bathroomMoje życie jest nieustannym dążeniem do tego, żeby już niczego nie musieć robić, ale pozwalam sobie na ten luksus dopiero po zrobieniu WSZYSTKIEGO. Czyli nigdy. Mam coraz mniej siły a coraz więcej zobowiązań, kraina wiecznego odpoczynku leży coraz bardziej poza moim zasięgiem, zamiast, żeby jej słodki obraz przybliżał się i wyłaniał, coraz ostrzejszy, zza horyzontu zdarzeń. (jak to pięknie określają fizycy teoretyczni.)

Kiedy się nakręcają sprawy, piętrzą papiery, a jeden telefon goni drugi myślę z przerażeniem, że nie mogłabym teraz nawet umrzeć! A co dopiero spocząć w fotelu. Nie ma mowy żebym mogła spokojnie umierać ani już, ani za tydzień, ani nawet na koniec roku. A co, jeśli umrę w biegu? Nie zdążę wszystkiego rozwiązać, zakończyć, wyciszyć, doprowadzić do finału. Umrę rozmawiając przez telefon. Umrę dokładając do pieca, umrę z widłami, z pogrzebaczem, z miotłą albo ze ścierką, z rozpoczętym postem, mailem, niedokończoną wiadomością, a nie ze świętą księgą w dłoniach splecionych na białym prześcieradle, wypróżniona i zadowolona. Dlatego proszę życie, żeby mi pozwoliło jednak jakoś to składnie i po kolei zakończyć, czyli ja na końcu. Nie chcę umierać za pięć dwunasta. Chcę zacząć umierać dużo wcześniej. Chcę JUŻ zacząć umierać!

Umierać mając poczucie, że nikt beze mnie nie umrze. Że nikomu już nie jestem potrzebna. Że nikt już szczęśliwie niczego ode mnie nie chce i nagle nie zechce.

Chcę mieć czas, żeby wszystko, co mi się wydarzyło, przetrawić .

Przetrawić i opróżnić korytarze umysłu jak poskręcane, pełne jelita.

To, co mi życie oferuje jak ochłap, jak próbkę kremu wystarczającą na jeden policzek, to krótkie chwile siedzenia w jednym miejscu, od wielu lat ograniczające się do trzech wersji powyższego . Mianowicie za kierownicą, na koniu i na kiblu. Dwie pierwsze wykluczają wszelkie rozważania . Ciało wklejone w fotel kierowcy lub siodło, dynamicznie się przemieszcza i jest odpowiedzialne za trajektorię swojego lotu. Niby siedzisz, ale książki nie poczytasz, ani Ameryki nie odkryjesz, bo się zabijesz. Trzecia opcja – kibel – daje dużo większe możliwości skupienia myśli i owo skupienie jest tutaj bardzo szeroko pojęte i bardzo na miejscu. Na kiblu przeczytałam całego Prousta, na kiblu się uczyłam, wymyślałam celne riposty i odkrywcze sentencje . Było to przez całe lata jedyne miejsce gdzie mogłam się legalnie zamknąć i być całkowicie sama. Przeżywałam tam swoją śmierć w mikroskali, zostawiając za drzwiami „świat and ludzi” i mając świadomość jak żałosna jest to namiastka prawdziwego umierania, dostojnego odchodzenia. Ale cóż, lepszej na razie nie było. Zamykając klapę i książkę byłam gotowa do życia po śmierci czyli umycia garów i wysłania dzieci do szkoły. Swoją drogą dzieci też do szkoły na ósmą nie chciały iść twierdząc, że bez posiedzenia w łazience pobyt w szkole jest podwójną męczarnią a jak posiedziały, to już była dziesiąta. Obawiam się, że nigdy w swojej karierze nie zdążyły na czas do szkoły.

Zawsze kochałam zimę, ciszę, samotność, starość i śmierć, i zawsze chciałam być pustelnikiem. Dobrze mi się kojarzy słowo „banicja”, „odosobnienie” i „cela”. Życie stanowi dla mnie wartość tylko jako pokarm, który szybko lecę strawić. Niemożność spokojnego wypróżnienia jest tak samo potworna w wypadku ducha jak i ciała. Cokolwiek przeżyję – lecę z siebie wydać, wyszeptać, wysłowić, wykrzyczeć, wyartykułować, wyrzucić. Żyję po to, żeby trawić, przerabiać, przelewać na papier, przemyśliwać , porządkować w głowie, to mój jedyny sposób korzystania z życia.

Cała sztuka i kultura jest efektem trawienia, a największe dzieła literackie i malarskie powstają jako odpad, produkt uboczny tego, co wchłaniamy za pomocą zmysłów, czym nas karmi społeczeństwo, historia , no i natura z jej pięknem i grozą. Im wrażliwiej żyjemy tym subtelniejsze są nasze wytwory. Jesteś tym co jesz, także symbolicznie – tym, co cię zajmuje, co chłoniesz, trawisz i przerabiasz na kulturę.

Szalone tempo życia, jakie sobie sama narzuciłam ostatnio powoduje kompletne rozstrojenie mojego duchowego rytmu. Wszelka działalność społeczna jest dla artysty zabójczą porcją tłustej, ciężkostrawnej brei. Zamiast pisać i malować gwasze, których mam tyle pod powiekami – tkwię na zatłoczonej plaży i odwracam żuczki. Już nie myślę o każdym z osobna, tylko odwracam jednego po drugim z rozpaczą stwierdzając, że nie ubywa… Odwracam a wokół gromadzą się gapie. Każdy ma jakieś uwagi, pokazują mnie sobie palcami, komentują. Jedni lubią, że je odwracam, inni nie lubią. Coraz więcej ludzi zbiera się dookoła, obserwuje mnie i śledzi, patrzy, czy dobrze odwróciłam, czy się nie pomyliłam, czy któregoś nie pominęłam. Coraz trudniej mi się ukryć, rozpłakać lub właśnie nie rozpłakać. Schodzę ze swojego posterunku tylko za potrzebą. I tylko ja wiem, że ta potrzeba nie dotyczy wyłącznie kiszek.

Ne mam pojęcia co zrobić, żeby po odwróceniu ostatniego żuczka mieć jeszcze spokojną chwilę na powolną śmierć. Nie mogę przyśpieszyć odwracania ani przestać odwracać. Wkręcona w kierat publicznej działalności mam dwa wyjścia – oba do dupy. Mogę rozpędzić to tak, żeby któregoś dnia spokojnie odejść i powierzyć kolejne żuczki armii wykwalifikowanych odwracaczy, obawiam się jednak, że życia nie starczy, w przeciwieństwie do żuczków, tych starczy na dwa pokolenia. Nie umrę ci ja w spokoju tylko dostanę w łeb korbą. A drugie wyjście – to zostawić kolejne żuczki własnemu losowi . Ale wtedy zawsze będę myśleć o tych, które zostały a nie o tych, które szczęśliwie podreptały do domu. I to też mnie zabije szybciej i boleśniej, niż bym chciała być zabita. Gombrowicz zostawił żuczki. Ale ja nie jestem Gombrowiczem, chociaż sam Gombrowicz też nie wiedział że jest TYM Gombrowiczem.

Nie zostawię żuczków, proszę się odsunąć, zaraz wracam, idę tylko do kibla.

 

 

VIVA LA VIE

free-shipping-modern-cartoon-font-b-dog-b-font-font-b-man-b-font-suit-oil

 

Nic cię tak nie sprowadzi na ziemię jak porównanie społeczeństwa do stada. Stada psów. Kiedyś myślałam, że człowiek jest dla psów panem bogiem. Wie to, czego one nie wiedzą, na przykład skąd się biorą parówki. Człowiek wie, a pies trwa w cholernej niewiedzy jak my w niepewności naszego losu, czasów, dnia śmierci lub wybawienia. Psy mają psiego przywódcę, ale on, choć nadaje w ich programie niewiele im jest w stanie powiedzieć w porównaniu ze mną. Ja zaś w tym programie nie nadaję, podobnie jak prawdziwy pan Bóg nie nadaje w naszym, chociaż ewidentnie usiłuje.

Tak myślałam, zanim uratowałam przed człowiekiem ponad 300 psów. Żeby nie wiem jak naginać – człowiek dla psa bogiem nie był i raczej nie będzie. Najwyżej losem, i to zwykle ślepym. Obserwując psie stado coraz częściej przychodzi mi na myśl porównanie ze stadem ludzkim,  generalnie nie może tu być mowy o jakimś wyższym i niższym gatunku. Wszyscy jesteśmy po jednych pieniądzach. My i psy, z jednego jesteśmy rozdania i jeśli jest jakiś Bóg – jest wspólny dla ludzi i zwierząt i odsadza wszystkich o sześć wymiarów. Program dla nas i dla psów jest absolutnie ten sam – to natura, a natura jak wiadomo miłością nie grzeszy i takiej kategorii jak grzech ona nie zna i znać nie potrzebuje. Ma swoje prawa i to są prawa stada.. Ludzkie stado jest identycznie skonstruowane jak każde inne i tak samo działa, ale wszystko owija w kilometry  bawełny nazywanej kulturą, polityką, grzecznością, rodziną, obowiązkiem, cywilizacją, porządkiem, prawem i sprawiedliwością. Ludzkie stado robi wszystko, żeby zmylić ewentualnego pana Boga,  psie nie ma takich ambicji, dlatego jest przejrzyste. Okazuje się bezcenną wiedzą o życiu.  Dzięki tej wiedzy porzuciłam wszelką nienawiść, złość, pretensje i żal do bliźnich. Wyobrażam sobie, że to psy i jest dla mnie jasne, dlaczego pogrywają tak a nie inaczej. Sama siebie też się staram nie oszukiwać. Moja miłość do zwierząt jest egoistyczną formą zaspokojenia całkowitego braku emocji w stosunku do ludzi, te fale uczuć muszą  gdzieś zmierzać jak wszystkie wielkie wody. Do psiej wyspy w moim przypadku. Zamieniłam się w psa i jest mi z tym dobrze. Patrzę na ludzi i widzę, jak są nieszczęśliwi  udając więcej niż jest. Swoje ograniczenia i tęsknoty też już prześwietliłam, bo jakąż mogę być dla siebie  tajemnicą, skoro mam ciało i muszę  je karmić. Całość moich codziennych i niecodziennych problemów to nic innego jak zjeść, utrzymać pozycję w stadzie, zawalczyć o nie i dzięki temu nie dać się odsunąć od stada, przetrwać ataki z zewnątrz i od wewnątrz, przekazać schedę i dzięki temu umrzeć nie zostawszy zagryzionym. Bez stanowienia dla potomnych jakiegoś kapitału nie mogę się spodziewać szacunku na starość. Jestem na starość warta tyle, ile po sobie zostawiam. Nie powinnam także zbyt długo marudzić z odchodzeniem z tego świata, bo starość jest bezużyteczna i wszyscy, którzy tak nie uważają – okłamują naturę. Stado nie przyjmuje psa po siedemdziesiątce, żeby był najmądrzejszy.

Książka, która mną wstrząsnęła bardziej niż 20 lat intelektualnych lektur Mrożka, Tischnera, Prousta, Gombrowicza i innych gigantów ludzkiej myśli – to opowieść adresowana zdawałoby się wyłącznie dla żeglarzy – „Rozbitek” Stevena Callahana. Facet płynął samotnym rejsem na Karaiby i na środku oceanu stracił jacht. Utrzymał się przy życiu dryfując na gumowej tratwie i przetrwał na niej 76 dni jako człowiek – ryba. Ryby go uratowały i ryby go przyjęły do stada.  Milczące ryby powiedziały mu o życiu więcej niż wszystko co dotychczas wiedział, pokazały mu mianowicie czystą esencję wcielenia. Szanował te ryby, rozróżniał je, przepłynął z nimi ocean i żywił się ich mięsem. Jadł i nie dał się zjeść innym. Nie oswoiwszy żadnej wszedł do ich społeczności.  Zabijał je świadomie. My niczego nie robimy świadomie a powinniśmy. Świadomość według Lewinasa (jednak ci filozofowie też coś czasem  mądrego wymyślą) – tkwi w tym, żeby przynajmniej zabijać świadomie, skoro już świadomie nie umiemy kochać. Albowiem bliźni jest dla nas – w najprostszym rozumieniu – wyłącznie zagrożeniem . Co on zje tego nam zabraknie. Instynkt życia to instynkt likwidowania konkurencji. Lewinas pojął, że twarz innego to twarz wroga, miłość bliźniego jest miłością wroga, jest de facto ułaskawieniem. Tylko kto umie kochać, kto w takiej sytuacji w ogóle kogoś kocha??  Gdyby nie stado – wszyscy byśmy się po prostu pozabijali. Stado pozwala nam istnieć na korzyść stada. Ot cała tajemnica wszelkiej motywacji. Twarz innego- nie ma znaczenia czy jest człowiekiem, psem, czy rybą ( to już mój dodatek do Lewinasa, on o psach i rybach nie wspominał)  – twarz innego jest wezwaniem do  zabójstwa w celu przetrwania. Jest równocześnie wezwaniem do miłości. Wybór mamy w życiu prosty i jedyny  – pomiędzy miłością a zabójstwem. O losie! Miłość to altruizm – w naturze on nie istnieje. Kiedy pozwalasz żyć czemuś, co ci się do niczego nie przyda – nie musisz sobie gratulować łaskawości. Pozwól żyć czemuś, bez czego nie przeżyjesz następnego dnia. Maksiu też pozwala żyć Lutrze. Ale ona pierwsza zostanie zagryziona, kiedy reszta przez trzy dni nie dostanie obiadu. I ona to wie doskonale, w tym sensie jest o niebo bardziej świadoma niż niejeden pracownik korporacji. Nie poznasz prawdy o sobie, dopóki się nie znajdziesz w sytuacji ekstremalnej, czyli pierwotnej. Kiedy na środku oceanu, umierając z głodu musisz zabić rybę, która ci zaufała jako przewodnikowi -robisz to. Właśnie tę najsłabszą, taką, która się mało wyrywa i jest blisko. Masz pusty żołądek, patrzysz na nią i widzisz mięso. Darowanie jej życia oznacza co prawda wejście w wyższy wymiar, ale oznacza również śmierć głodową w imię zachowania przy życiu ufnej, tłustej ryby. Tępym nożem do masła, jedyną bronią, jaka pozostała na tratwie zabijasz rybę. Teraz ty zjadłeś rybę, ale przyjdzie czas, kiedy ryby zjedzą ciebie. Niech no tylko twój tępy nóż do masła  zniknie zmyty z pokładu nieostrożną falą, ryby zjedzą ciebie. Nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Szanujesz więc te ryby i świadomie zabijasz. Oto jedyna relacja, na jaką nas tutaj stać. Stado ratuje cię do chwili, kiedy masz pozycję w stadzie. Człowiek samotny odczuwa to dużo silniej, chociaż żadne małżeństwo ani rodzina ani dzieci z bogatym wujkiem drzwi do czwartego wymiaru nie wyważą.  Mimo to stwarzają pozory bezpieczeństwa, pozory altruizmu, pozory miłości. Stąd rozczarowania i płacze, rozwody i awantury a w efekcie sztuka, literatura i arcydzieła filmowe na ten temat.

Ten tekst nie jest wezwaniem do miłości, bo miłość to gotowość oddania życia. Nie żądajmy jej ani od siebie, ani od nikogo a wtedy życie stanie się  piękne dla samego faktu, że jeszcze nie jesteśmy martwi. Niech żyje życie!

PRZYPADEK SZERYFA Z NOTTINGHAM

W czterdziestym roku życia doznałam czegoś w rodzaju objawienia. Podobna przypadłość dotykała wielu świętych zanim zostali świętymi i heretyków, zanim zostali heretykami. A także zwykłych ludzi, którzy zostali zwykłymi ludźmi. Wierzcie mi lub nie, ale jest to wstrząs tak silny, że najsilniejsze narkotyki  to przy tym piwko. Człowiek ma pewność – cokolwiek to oznacza. Pewność jest jak śmierć i właśnie śmierci się wtedy najbardziej pragnie, do śmierci się spieszy.  Pan Bóg lub to coś, co nadaje sens życiu –  objawia równocześnie sens śmierci tak oczywisty, że po kilka razy na dzień myślisz o niej z rozczuleniem. Nie będę się wdawać w jakiekolwiek  próby wniknięcia w istotę mistycznego przeżycia, ale jedno wrażenie jest nieodparte – cała rzeczywistość jest tylko elementem spektaklu, o którego istnieniu dotychczas nie mieliśmy pojęcia. Wyjście po latach z jaskini Platona na świat szeroki sprawia, że się do owej jaskini nie bardzo chce wracać. Jedynym sposobem niewracania i pozostania w świecie szerokim jest pozbycie się balastu materii i jak najszybsze opuszczenie ciężkiego realu na skrzydłach wolności.  Wprost nie  mogłam się doczekać śmierci. W tym stanie trudno się dziwić, że sięgnęłam po Swedenborga , Blake’a, Claudela  i innych odlotowców odkrywając  zarazem,  jak wielu ich ziemia wydała. Moja jazda nie była na tle religijnym,  bo religia wymaga ofiary, a ja nie szukałam guza tylko szczęścia. Osoba religijna na moim miejscu udałaby się natychmiast do klasztoru. Tak zrobiła święta Rita,  święta Tereska i i inne kosmitki. Prawda jest jak piorun, razi strasznie, trudno potem rano wstać, umyć zęby i iść do roboty. Kosmita zawsze już będzie kosmitą choćby nie wiem jak przypominał człowieka. Będzie nosił w sobie ową pozaziemską przynależność, poczucie nietrwałości wcielenia.  Klasztor to wszystko przerabia, ciosa, tłumaczy a w rezultacie niszczy. Klasztor mnie kusił, ale jako samotnia, a nie jako zakonnice w przebraniu. Na szczęście mój Bóg religijny nie był. Za to miał poczucie humoru i dowodził, że prawda nie jest kiczowata, jest czadowa. Nie diluje z religią, raczej z nią walczy, jak biedny Jezus Chrystus. Ale to ona – prawda – jest źródłem wiedzy, a nie odwrotnie. Prawda jest skrajnie osobistym doświadczeniem podarowanym w prezencie każdemu, kto jej szuka, może to być analfabeta, uczony,  artysta plastyk, kobieta albo Indianin. Na kogo padnie, ten ma pewność. Wiara – powiem wam w tajemnicy – wiara to kit. Wiara to może być jakaś droga do prawdy, ale żadna wiara nie wystarczy do spokojnego umierania. Pewność  sprawia, że możesz odejść choćby i dziś. Miewają taką pewność ludzie po śmierci klinicznej, genialni fizycy w chwili, kiedy im zaświeci myśl życia, no i oczywiście mistycy, chociaż nie wszyscy są jak Svedenborg, który po kilka razy dziennie nurkował w wieczności i wyciągał stamtąd najróżniejsze potrzebne informacje, jakby dzwonił na centralę. Przekonanie, że dom jest TAM a nie tu, jest udziałem wszystkich, którzy go poznali za życia. . Co jeszcze się dzieje po takim kopnięciu absolutu? Ano słabną wszelkie emocje doczesne. Miłość jest bardziej platoniczna  i nie skupia się na jednej osobie, jest stanem ducha. Przepaść pomiędzy nią a pożądaniem zaczyna być nie do przeskoczenia. Człowiek nie płacze, bo nic go szczególnie nie rusza, chociaż rusza go wszystko razem. Nie musi podejmować żadnych decyzji bo one się podejmują same. Każda utrata kontaktu z bazą jest sygnałem do natychmiastowego odwrotu. Baza jest jak narkotyk, odstawić się go nie da. Kiedy mija szał zachwytu nad powiększeniem rzeczywistości o kolejne wymiary, powraca niby normalne życie. Ale ono już nigdy nie będzie takie samo. Nie ma w nim lęku, chociaż codzienność potrafi umęczyć. Nie ma pożądania, chociaż masę rzeczy, w rodzaju zielonej trawy i zapachu kwiatka w tej trawie –zachwyca jak nigdy wcześniej. Nie ma plemiennych powiązań,  nie ma polityki,  w zasadzie nie ma odpowiedzialności. Życie samo dyktuje następny krok a jak nie wiesz co robić – nic nie robisz. Czekasz.  Można powiedzieć , że będąc w stanie permanentnej modlitwy nigdy się nie modlisz.

Co jest najważniejsze w tym wszystkim to silne i niezmienne poczucie, że jest się uczestnikiem spektaklu, w którym każdy napotkany człowiek, każde wydarzenie, każde dobro i zło, każdy przyjaciel i wróg jest ważny, ma swoją rolę do odegrania i miejsce zarezerwowane właśnie dla niego. Mój mąż grał bandytów ale przecież absurdalne się wydawało postrzeganie go jako bandyty, on tylko grał taką rolę. Każdy człowiek ma wokół siebie ludzi, którzy tak lub inaczej kształtują jego świadomość. Nikt nie jest zły ani nikt nie jest dobry. Jesteśmy tylko aktorami w sztuce zwanej doczesnością, tworzymy relacje, które były nam wszystkim pisane w jakimś celu. Istnienie tego celu objawia się niektórym jako pewność , inni chcieliby w niego uwierzyć, a większość uważa, że go potrafi sprecyzować, bo z założenia nie sięgają tam, gdzie wzrok nie sięga.

Pewność  sprawia, że niczego nie próbujemy zmieniać na siłę. Problemy po jakimś czasie znikają,  problemom kończą się pomysły, robi się nudno a to znaczy, że trzeba wyjść z kina. Proszę zauważyć,  jak się dawne problemy rozwiały, jeśli w nich nie grzebać, nie majstrować przy nich.  Ja mam takie doświadczenie z problemami,  że w pewnej chwili one więdną jak kwiatki na jesień. Jest taka cierpienia granica, jak pisał poeta niezupełnie  o tym, ale z niego też był mistyk jak trzeba.

Nikt o sobie nie myśli, że jest zły, ani ja, ani Adolf Hitler, ani sąsiad, który mi zatruwał życie. Pewność, że świat się tu nie kończy rozwiązuje w zasadzie wszelkie doczesne udręki i odbiera moc nienawiści. Jeśli szukałam szczęścia a nie guza, to przynajmniej wiem, że to jest mój osobisty guz i specjalnie dla mnie skonstruowany. Ktoś mnie gnębi,  ja zapewne też gnębię kogoś, bo takie nasze przeznaczenie, a cel owego gnębienia jest zupełnie gdzie indziej, niż nam się wszystkim wydaje. Ja tego celu nie znam, ale przynajmniej wiem, że nic nie wiem.

Kiedy okrutny szeryf Nottingham gwałci nareszcie nieszczęsną Marion na zimnej posadzce ponurego zamczyska- do sali  wpada z hukiem Robin Hood.  No ileż razy można wpadać z hukiem jako ostatni sprawiedliwy!  I choć Robin Hood jednym ruchem ratuje Marion, to szeryf  jednym spojrzeniem kradnie mu rolę..

 Powyższa scena sugeruje, że każdy wątek ulega wyczerpaniu niezależnie od tego, kto ma rację.  W takiej chwili należy  powiedzieć – kochane życie, zmień płytę albo mnie już stąd zabierz.  Jak szeryfa Nottingam.

robin-hood114

 

http://strefatajemnic.onet.pl/extra/swedenborg-szwedzki-da-vinci/39jt6 – tak na wypadek, gdyby ktoś chciał poczytać…

Kazanie na dole.

Kto powiedział, że u mnie w domu nie ma świąt?  Kto to powiedział stwierdzając brak choinki, brak gości, karpia, grzybowej, obrusa, prezentów, opłatka, szeleszczących sreberek, ciasteczek i orzechów? Przy ich całkowitym braku – brak śniegu jest tylko gwoździem do trumny narodowej tradycji. Pragnę się obronić, albowiem oprócz tradycji nie zabiłam niczego. Jeden śledź poniósł śmierć w oleju, ale nie z mojej ręki i nie w wigilię. Moje życie odarte z rytuału tym bardziej odsłania zgodność z liturgią, co się może wydawać niedorzeczne, ale tylko z pozoru. Liturgia bowiem to w swoim założeniu powtarzalny scenariusz roku życia w kalendarzu liturgicznym. Dzieli się on na okresy zwykłe i niezwykłe, jedne i drugie niezbyt miłe. Po okresie zwykłym przychodzi załamanie zwane postem lub adwentem i jak już wszystko do reszty pierdolnie następuje przerwa świąteczna podczas której można ochłonąć i po niej znowu okres zwykły. Nie brzmi zachęcająco ale ma swoje zalety – coś możemy przewidzieć bo uparcie się powtarza. Rytuał i obrzęd jest tylko symbolem przemian, w które i tak jesteśmy wkręceni jako element boskiej układanki.  W sreberku czy bez – obracamy się razem z ziemią i razem z nią pogrążamy w ciemności albo łapiemy trochę słońca. Jesteśmy na zawsze powiązani z księżycem, wiosną, zamarzaniem i odmarzaniem rzek, kwitnieniem kwiatów i dojrzewaniem owoców, choćby nie wiem jak udowadniać, że cywilizacja już dawno to wszystko  przerobiła na prąd. Kolejne odcinki serialu życia w roku liturgicznym są napisane w zgodzie z prawami przyrody, natury, losu i kosmosu zwanego dalej bogiem. Znajomość liturgii, przynajmniej ta pobieżna  jest powszechna, ale refleksja w związku z tą wiedzą –już w tej chwili żadna. Poszliśmy w sreberka i jesteśmy tak oderwani od rzeczywistości jak świstak, który je zawija. Liturgia, w swoim pierwotnym znaczeniu to były czynności związane z oddawaniem czci bóstwu. Jej warunkiem był liczny udział wyznawców. Czyli po prostu zbiorowe życie po bożemu i w zgodzie z naturą, żeby jeden drugiego nie zatruwał, nie przypalał i nie przerabiał na prąd. Zostaliśmy zaprojektowani jako całość, każdy z nas jest tylko elementem gigantycznego organizmu zwanego ludzkością. Pewien rytm życia wspólny dla wszystkich razem istnień jest powtarzalny i zamknięty w jednym roku. Żebyśmy nie wiem jak kombinowali ów rok liturgiczny i tak nas dopadnie. Tym samym jest powracająca karma i inne zamknięte cykle, na których różne religie budują swoje święte zaklęcia. Liturgia porządkuje nasze sprawy, nasze cele, nasze przeznaczenia , sprowadza nas na ziemię, gdzie funkcjonujemy jako – przepraszam za wyrażenie –lud boży.

Wracając do świąt, których niby nie obchodzę. Wobec braku atrybutów i tradycyjnych symboli –jestem jeszcze bardziej wystawiona na działanie zewnętrznych sił i decyduję się na lądowanie bez lądownika. Czyli twarde. Jezus Chrystus też nie obchodził ani bożego narodzenia ani wielkanocy, ale go zdecydowanie nie ominęły. Obchodzenie to zresztą dobre słowo. Ludzie wolą obchodzić  święta z daleka, tworząc fortyfikacje z choinek i bombek, niż wejść w oko cyklonu, skąd  można zobaczyć kawałek nieba. Wigilie śmierci i narodzin w oku cyklonu wyglądają dokładnie tak samo. I wtedy cały kalendarz liturgiczny przestaje nas prześladować. Kolejne katastrofy, klęski, triumfy i zwycięstwa przychodzą i odchodzą. A co to jest ten determinizm? – zapytała mnie kiedyś pewna zdeterminowana kobieta. To właśnie jest kalendarz liturgiczny. Jedynym sposobem, żeby go obejść jest stopić się z nim. Żyć w zgodzie ze swoim przeznaczeniem, zsynchronizować własny los z całym pomysłem na świat. Być  równocześnie podporządkowanym i niezastąpionym. Poczuć się nie do podrobienia pośród miliardów równie niezbędnych komórek . Grać czysto swoją pojedynczą nutę w symfonii, której nigdy nie usłyszymy w całości. Nie fałszować, nie zagłuszać, nie szeleścić sreberkami. Wyłączyć reklamy. Uratować świstaka.

 

leonardo-da-vinci-vitruvian-man-47ae1f4876c7ee50d33b05cb135cfc77

 

 

 

kn-krotka-historia-niczego-jim-holt

BRAWO NIC.

Czasami można się załamać. Można i trzeba. W człowieku jest taka ilość powodów do rezygnacji z życia, że załamanie jest stanem naturalnym duszy, tylko ona niewiele ma do gadania w świecie pieniądza, który goni pieniądz i wytwarza pieniądz. Jak są pieniądze to nam się zdaje, że dusza się raduje. A jak nie ma, że smuci. Dusze i ryby głosu nie mają, więc nie powiedzą, że jest dokładnie odwrotnie. Jakakolwiek refleksja przychodzi dopiero w biedzie, rodzi się z bólu i daje usłyszeć w samotności. Nie tylko refleksja, wszelka wartość, w ogóle wszystko! Czytam teraz rzecz o nicości (świetnie się wpisuje w bankructwo, wycie wiatru, długie cienie nagich drzew na błotnistej drodze i tego typu widoki). Czytam więc o nicości, która najprościej się wyraża za pomocą zera. Zero osiągnąć można odejmując jeden od jednego. Zero jest konieczne, aby owymi jedynkami móc w ogóle manewrować. Odwracając powyższe równanie – bez zera nie ma jedynek. Nicość to warunek i zarazem powód istnienia. Wszystko, co materialne – wciąż się tylko przemienia, a nie rodzi, na tym polega zasada zachowania masy. Czy się coś klei, czy nagle pierdolnie, jest tego wciąż tyle samo. Narodziny to nowa wartość, narodziny powstają z niczego. Prawdziwe coś to owoc nicości.. A reszta, zwłaszcza reszta pieniędzy, o tyle jest ważna, o ile nie tracimy kontaktu z zerem. Mniej więcej na tym polega świadomość. Bez świadomości jesteśmy tylko materią w kolejnych przeobrażeniach zwanych niekiedy stylizacją. Zero to największy kosmiczny potencjał, najbliższy mojej idei Boga, za co rzucą mi się do gardła zarówno teologowie jak nihiliści.

Wracając do bankructwa i załamania. Wycia wiatru, zacinania deszczu i pustego konta. Do sześćdziesięciu psów, które za chwilę nie będą miały co jeść, chociaż podobno są uratowane. Do faktu, że podlegam wyłącznie losowi ignorując rachunek prawdopodobieństwa. Który to los mnie nieustannie umieszcza w punkcie zero. Założyłam fundację, która urosła do gigantycznych rozmiarów, zgarnęłam z ulic i schronisk 200 psów, wyadoptowałam 140.  Byłyśmy we dwójkę, teraz mamy wielką armię.  W ten sposób doszłam do punktu zero. Przynajmniej na koncie. Miejsc na nowe psy już nie ma. 60 niewyadoptowanych za chwilę nie będzie miało co jeść. Ale tych stu czterdziestu nie odbierze mi nikt. Mogę więc spokojnie siedzieć i pisać a jak mnie zamkną za długi to tym bardziej siedzieć i dalej pisać. 140 uratowanych psów i zero na koncie – zważmy jakie to twórcze zero, ile w sobie mieści szczęśliwych istnień. I jak go tu nie nazwać Bogiem!

Koniec roku to także bilans moich zawodowych działań a te jak zwykle wieńczy zero. W Nowym Roku dzwoni do mnie głównie bank z życzeniami spłaty należności. Kilkadziesiąt nowych portretów, kolejka po obrazy ( głównie w ramach realizacji zaległych zobowiązań), znowu indywidualna wystawa, znowu dziki tłum na wernisażu, 30 nowych prac. Żadnych sponsorów, żadnej nagrody pieniężnej, orderów, honorów, wywiadów, uznania, przyznania, choćby wzmianki w wiadomościach kulturalnych. Zero. Jak było na początku –teraz, zawsze i na wieki wieków – zero. Nie ma mnie na żadnej liście przebojów. Nawet programu drugiego polskiego radia ani rmf classic. Nie istnieję, ale jakże owocnie mnie nie ma! Boskie zero, ja Ci muszę kapliczkę postawić za stodołą.

Pozostaje kwestia mojej pasji literackiej. Jedna książka gotowa w szufladzie, druga w komputerze nabiera kształtów, setki zapisanych stron, mnóstwo zapomnianych wpisów na blogu, na stronie fundacji dbałość o każde słowo, są i tacy, którzy tam wchodzą bo lubią poczytać o moich psach. I co? Ano wiadomo, nic. Nie mogę się nawet porównać do takich autorów jak Monika Richardson albo Agnieszka Chylińska…  Czyż  to nie jest pokrzepiające? Istnieje raczej nic niż coś, im dłużej żyję, tym bardziej polemizuję z nauką, która twierdzi, że odwrotnie. Moje nic zawiera całe moje przepracowane życie, mieszczą się w nim setki godzin przed sztalugą i setki zapisanych kartek, a teraz jeszcze dziesiątki uratowanych psów. Każdemu, każdemu życzę takiego wielkiego nic. A sobie mojego nic szczerze gratuluję!

 

PS. Śmiała teoria Boga Nic nie jest tematem poniższej lektury, lecz wynikiem inspiracji zawartą w niej treścią.

kn-krotka-historia-niczego-jim-holt

EPIZODY W ŻYCIU RZECZY

Podobno, jak się komuś śnią nowe, nieodkryte pokoje, znaczy, że się rozwija. Wiek 21 ze swoimi gadżetami, urządzeniami i kategorycznym „musisz to mieć” wymaga nieustannego powiększania przestrzeni życia. Niestety chodzi wyłącznie o metraż i wyposażenie. Ludzie niczym krety ryją pod ziemią coraz dłuższe i szersze korytarze zapewniając sobie życie z rozmachem ale bez światła. Światła wiedzy, łaski, objawienia i tym podobnych stanów ducha wymagających zaprzestania rycia choćby na chwilę. Na górze trwa wieczna natura, słońce oświetla puste przestrzenie gdy tymczasem jaskinia Platona robi się komfortowa i wciąż pięknieje. Dzisiaj zamiast dodatkowych pokoi śnił mi się mój własny dom skurczony do rozmiarów chatki baby Jagi. Małe jest piękne, ale to było stanowczo za małe. Pierwszą myślą  było – tu poszerzyć, tam podwyższyć, ówdzie dobudować. A drugą, która się zdarza tylko w snach – a w zasadzie po cholerę? Mam wszystko, a nawet za dużo, co wykazał ostatni remont, kiedy wyjechał do stodoły ogromny stół art deco z warszawskiego mieszkania. I co z tym stołem? Ani go sprzedać, bo pamiątka, ani w stodole nakrywać. Stoi pod żółtą folią z zawiązanymi nogami. Nie wyrzucisz dziś – wyrzucisz za 5 lat – mawiał mój ojciec i darł szalenie ważne dokumenty, mam to po nim. Pierwsze co podejrzewam prując szuflady w poszukiwaniu gwarancji boilera, albo polisy na życie to – wyrzuciłam. Poszło z dymem, bo zawsze brakuje gazet na podpałkę. Tego okrągłego stołu art deco nie lubiłam w kuchni. Był ciężki, politurowany, rozsuwany, na 12 osób. Sama myśl o kolacji na 12 osób jest dla mnie koszmarem. Ten scenariusz w moim życiu się nie sprawdził. Postanowiłam wrócić do stołu sprzed 40 lat, dębowego stołu z ławami  zaprojektowanego przez moją matkę architekta wnętrz i wykonanego z litej dechy wg jej rysunku na kalce. Zadania podjął się stolarz Jagła, któremu zaraz po tym, jak stół odjechał do klienta – sfajczyła się cała chata, tona desek i pracownia z maszynami. Stolarz nic nie powiedział tylko w rok wszystko sam odbudował, bo od tego był stolarzem. Stół stał w moim domu na Warmijskiej i codziennie rano wstawałam od niego po śniadaniu i szłam do szkoły a potem na zajęcia na ASP. Po wyprowadzce stół wylądował w mieszkaniu na Mazowieckiej a ja wylądowałam na wsi, najpierw z jednym mężem, potem z drugim, a potem już tylko z psami. Kiedy mieszkanie na Mazowieckiej skurczyło się do rozmiarów mieszkania w Nowej Hucie stół do mnie przyjechał. Po 40 latach znowu wstałam od niego po śniadaniu i miałam hiper deja vu. Czterdziestoletnia przerwa mogła się nie wydarzyć.  Mogła trwać dzień, tyle, ile zwykle mija od śniadania do śniadania. „Jesteśmy tylko epizodami w życiu rzeczy” – powtarzał Kozi jak mantrę i znosił do domu kolejne rupiecie z Koła. Wolałabym, żeby pamięć o mnie obyła się bez rzeczy. Buddyjscy mnisi całe bogactwo mają w sobie, też bym tak chciała. Organizm pozbawiony stołu funkcjonuje normalnie. Ilość rekwizytów, które stworzyła cywilizacja, czy też kultura – nie ma wpływu na pracę nerek ani sprawność palców. Rodzimy się bez kwitu na bagaż. Przedmiotom nadajemy status symboli i tak powstaje świątynia czyli kościół. Stół zastępuje ołtarz – miejsce wspólnego składania i pożerania ofiar. A łóżko to tak zwane mary. Do tego palenisko, jakaś proca i tyle według biblii. Obraz na ścianie ma przypominać, że to autorski program i wszystko co stworzyliśmy potem, jest tylko kolejną, coraz bardziej  pokręconą wersją biblijnego oryginału. Nie chodzi o to, żeby teraz porąbać meble i gnać boso przez miedzę, tylko, żeby nie tracić kontaktu z bazą.  Bo inaczej rzeczywiście stajemy się tylko epizodami w życiu rzeczy, a to smutna myśl. Budujemy piękny świat bez nas – na razie wszystko zmierza w tym kierunku.

Moja ciotka, stara panna miała łóżko po prababce. Spały w nim wszystkie pokolenia jej dzieci,  dzieci ich dzieci i dzieci tych ostatnich a ostatnia była ciotka. Łóżko wg obowiązujących standardów ani szerokie ani wygodne, bo dawniej ludzie byli mniejsi, nie jedli produktów ulepszonych genetycznie modyfikowaną mączką, tylko jedli jedzenie. Ciotka była z tamtego rozdania , mierzyła 157 cm . Do swojego łóżka wchodziła jak klucz do zamka – na styk.  Ale mówiła, że nie chce większego, że w tym już umrze. Aż pewnego dnia zachorowała i poszła na tydzień do szpitala. W tym czasie dobry siostrzeniec zrobił jej niespodziankę. Wywiózł  łóżko na starocie i kupił porządny, wygodny, duży tapczan. Widok tego potwornego mebla wprawił biedną ciotkę na powrót w stan przedzawałowy, ale z miłości do siostrzeńca przełknęła gniew, wstyd i hańbę, położyła się na owym tapczanie i postanowiła żyć dalej ze złamanym sercem. Rok później zasłabła na ulicy. Jakiś obcy człowiek podniósł ją i zabrał do domu, żeby sprowadzić lekarza. Położył ciotkę w pokoju, śmierć nastąpiła chwilę potem, zawezwano rodzinę, w tym siostrzeńca. Jakież było jego zdumienie na widok ciotki spoczywającej na marach we własnym łóżku. 317296_205197152877900_100001628491575_578920_6227751_n[1]Jesteśmy tylko epizodami w życiu rzeczy….

TRZEWIKI, KTÓRYCH NIE BYŁO.

Kiedy poznałam moją babcię była dokładnie w moim wieku. Mówiąc, że ją poznałam, kłamię. Poznaję ją dopiero teraz, będąc jej wcieleniem, drugim wydaniem, remakem. Nie znaczy to, broń boże, że zostałam babcią, istnienie wnuków ani mnie ziębi ani grzeje, podobnie jak istnienie pokoleń, ojczyzn, rodów i innych sposobów na zachowanie tożsamości grupowej z braku własnej. Jestem zawsze i tylko za wolnością. Moja babcia miała podobną naturę. Pogoniła jednego męża, straciła następnego i zabrała się nareszcie do swojej roboty. Przeprowadzała się z jednego końca Polski na drugi, budowała fabrykę, ryzykowała przestępstwa gospodarcze na chwałę tej fabryki, siedziała w więzieniu i była socjalistką dopóki nie dożyła socjalizmu. Całe życie pisała jak najęta, ja też. Czytała, ja też. Biegała, pływała, robiła gimnastykę, tak się wtedy nazywał fitness, jogging i yoga razem wzięte i w tenisówkach. Ja też biegam żeby biegać a nie żeby coś u mnie przebiegało jak w reklamie.

To, co w sobie z niej odnajduję to ścieżka wolności, na której nieustannie potykam się o własnego trupa. Bo wolność to jest swoista droga po trupach, ale własnych. Patrząc z daleka na jej życie widzę, jak rezygnowała z każdej rzeczy, która ją ograniczała, poczynając od partnerów a kończąc na farbowaniu włosów. Jeśli nie miała pieniędzy robiła wszystko, żeby ich nie potrzebować, zamiast wszystkiego, żeby je zdobyć. Ogołociła się, ale była sobą i była wolna. Nie ma innej ścieżki wolności. Oczywiście żeby ze wszystkiego rezygnować, trzeba najpierw wszystkiego spróbować, bo inaczej, cóż to za rezygnacja? Chciałbym się jeszcze raz przespać ze Scarlett Johanson. A już raz spałeś? Nie, raz chciałem. To nie tak. Wolność to nie jest wirtualna gra, tylko niedźwiedzie mięso.

Wielkość mojej babci była wielkością człowieka dojrzałego, pięknie potrafiła poprowadzić swoje życie i to piękno od niej biło. Nie w tym sensie, że się doczekała uznania w mieście znanym aktualnie tylko z tego, że pewien nieprzytomnie bogaty arabski szejk opłacił rozdzielenie urodzonych tam sióstr syjamskich. Była człowiekiem skromnym. Dzisiaj nie ma ludzi skromnych, bo skromność jest rodzajem samobójstwa. Świat już od dawna nie jest skromny, jest rozbuchany, pręży się, reklamuje, oślepia, świat się zachowuje, jakby miał swoje ostatnie pięć minut. Być skromnym dzisiaj to przespać te 5 minut. Każde przeżycie ludzkie jest nagłośnione, oświetlone i idzie na pierwszą stronę Faktu. Babcia przeżyła komunę a wcześniej dwie wojny. Straciła w straszny sposób najbliższą rodzinę a jedyną jej odpowiedzią na tę zbrodnię było to, że nigdy nie wypowiedziała ani słowa po niemiecku, chociaż świetnie znała niemiecki. Na śniadanie jadła zawsze to samo – chleb z białym serem i z miodem. Na co dzień nosiła bluzki z białym kołnierzykiem, które sama szyła. Szyła jak wielki krawiec i nic sobie z tego nie robiła. Szyła i już. Nie miała nigdy żadnych pretensji do życia. To się nie wydaje możliwe w niczyim przypadku, nawet w przypadku Brada Pitta i Angeliny Joli. A jednak ona, w swoim schludnym, malutkim mieszkaniu z ciemną kuchnią i obsraną windą pośrodku socjalistycznego mrówkowca – była zadowolona z życia i z tego, że udało jej się kupić „Przekrój”. Stanowiła całkowite zaprzeczenie wszystkich obecnych teorii wszystkiego. W swoim mieszkaniu na twardym, małym fotelu czytała książki. Zewsząd otoczona proletariacką hołotą  nigdy nikomu nie zakomunikowała, że ma wyższe 1213-800studia co zapewne w jej pokoleniu stanowiło sensację. Miałam obie babcie po wyższych studiach i teraz wszystkim staram się to powiedzieć czy są tego ciekawi czy nie.

Podobnie jak ja, nie potrafiła się rozczulać ani nad sobą ani nad bliźnim do tego stopnia, że wydawała się zimna. Generalnie nie płakała, ja też. Chyba, że ze śmiechu, ja też. Nie potrafię nikogo pocieszyć, mogę rozśmieszyć – tak mówiła, kiedy spadłam z rowerka i zdarłam sobie skórę z połowy pleców. Babcia lubiła się z moim ojcem, bo on miał gotowy dowcip na każdą okoliczność, im poważniejszą, tym lepiej. Ja też się lubiłam z moim ojcem.

Moja babcia instynktownie pozbywała się bagażu życia.  Życie to straty – powiedział mi kiedyś jeden nieprzyjaciel, nie z życzliwości mi to powiedział ale miał rację. Ludzki organizm nieustannie wymienia komórki na nowe, ale nie zachowuje starych. Im jest starszy, tym mniej potrzebuje jeść, nosić, posiadać, jeśli chce zachować przestrzeń. Przestrzeń wolności. Szczęśliwy ten, kto korzysta ze swoich bogactw. Niestety z większości bogactw bogaci ludzie nie mają czasu korzystać. Czas na radość z tego co się ma , to tak zwany czas na manie (daję ci tu 100zł, ale nie na wydanie, tylko na manie- mówił mój kolega do żony wręczając jej pieniądze ) Pracujemy na to manie, ale samego mania nie celebrujemy. Gdyby policzyć rzeczy, którymi mamy czas się cieszyć okazałoby się tego bardzo niewiele. Cała reszta to kupa gratów.

Świat jest niewiarygodnie zagracony. Moja babcia zawsze miała porządek w chacie i cztery meble na krzyż. Ale… ale jedna rzecz w jej posiadaniu wydała mi się zaskakująco ekstrawagancka! Wysoka, płaska szafa z lustrem przeznaczona wyłącznie na buty! Zawierała cztery rzędy pionowych, skośnie zamontowanych kołków, których wielkość i odstępy pozwalały na przechowanie sporej ilości eleganckich trzewików. Kaloszy tam nie przewidziano ani płaskich cichobiegów, lecz trzewiki właśnie. Kołki były puste oprócz jednej pary porządnych, skromnych, brązowych półbutów na dole. Gdyby nie ta szafa, moja babcia odeszłaby z tego świata jak otwarta księga, w której każdy może znaleźć wskazówkę dla siebie. Człowiek bez cienia i  mroku, człowiek przejrzysty, człowiek kryształ. Gdyby nie tamta szafa na trzewiki, których nie było.

 

 

 

 

PRZETRWAĆ WIELKANOC

O wiosno!- chciałoby się zakrzyknąć pośród resztek brudnego śniegu i wyłażących spod niego psich gówien. Jest piękno i klarowność w krajobrazie skutym lodem, jest w nim świętość, świętość lodowata, ale życie jest w tych kupach, to w nich harcują bakterie, życie jest w pochorobowym wyłażeniu spod śnieżnej, brudnej, zużytej pościeli. No niestety.

Doroczne nadchodzenie wiosny jest kolejnym cudem, który, jak to cud, miał prawo się nie zdarzyć. Bo w ogóle większość rzeczy zdarza się tylko cudem i szybko dochodzisz do wniosku, że cudem jest istnienie czegokolwiek (według śmiałej, najśmielszej teorii fizyków teoretycznych, że istnieje raczej coś niż nic.)

Komu się chce co roku robić wiosnę na świecie? Spustoszenie w przyrodzie jest takiego kalibru, że ręce opadają nawet stwórcy.  Z czarno – białego świata zrobić kolorowy, to już lepiej iść spać. A spać można w czarno białym, nawet głębiej i spokojniej, a może i bez końca.  Po co znowu te pękające bolesne pączki i histeria kwiatków żyjących potem tylko tydzień, żeby znów następowały tortury owocowania, pękania skóry orzechów i kasztanów, odrywania się nabrzmiałych jabłek, wystawiania do słońca ogromnych, cienkich liści palonych żywcem, potem żywcem usychających, żółknących, gnijących aż nareszcie schłodzonych śniegiem i koniec męki i zima. ” Zimo dobra” – pisał Miłosz. Czy wieczność to zima? Gdyby tak było – nie byłaby ona wiecznością, lecz śmiercią. Zima to milczenie materii, wiosna to jazgot i mowa. Zima to znieczulenie, wiosna ból. Życie boli i krwawi w kolorze.

Zaczęło się, kiedy Rudzik ugryzł mnie w palec.  Następnego dniaOLYMPUS DIGITAL CAMERA Espania zahaczyła kantarem o zasuwę boksu, szarpnęła łbem, zdjęła z zawiasów drzwi ważące tonę i z tymi drzwiami oblanymi krwią z poranionego nosa dowlokła się do altany, żeby mnie poprosić o pomoc, za nią szły psy zwabione ranną zwierzyną, ja w skarpetkach usiłująca jakoś odpiąć kantar przedziurawionym palcem, Dudek z abażurem pełnym krwawych śladów ze swojego operowanego ucha, dodatkowo oblany krwią z chrapy Espanii, krew na schodach, zryte podwórko. W tle rozhisteryzowany El Greco tańczący w boksie, Swager ujadający wysokim altem, Maks barytonem. Zmasowany atak materii.

W Wielkanoc wszystkiego się boję, to okrutne święta, święta załamania, krwawej kaźni, ludzie pożerają barany i świnie. Chora pogoda, równie chora nadzieja i bezlistna śmierć atakująca tym zacieklej, im bliżej wiosny. Święta przejścia, porodu, śmierć śmierci, w co my się tutaj bawimy? W co się z nami bawi ogromny Bóg, który dał nam czucie, zamiast znieczulenia. Dał nam ból i nie ma innego sposobu na przekonanie się o własnym istnieniu. Spoił cierpienie z rozkoszą, nawet tego nie był w stanie oddzielić. Splótł się z nami w makabrycznym uścisku, ciśnie nas jak glinę pomiędzy palcami, przeczołguje przez kanały kosmosu, ćwiczy, formuje, przycina.

Wielkanoc trzeba przeczekać. W piątek go ukrzyżowali a zmartwychwstał dopiero w poniedziałek. Co robił w weekend? Ano podobno piekło odwiedzał. W dniu kiedy te barany i świnie pieką się w piekarnikach i smażą na patelniach, on z nimi. Tak by wychodziło z prostych obliczeń. Skąd pomysł, żeby świętować? Spożywać to jego ciało? Kontynuować całą makabrę? Najspokojniej pożerać baranka, który ponoć za nas umarł? Aż tak pozostać niedomyślnym, aż tak dosłownym? Zawsze mam wrażenie, że to słynne – jedzcie i pijcie to jest ciało moje – było gorzkim sarkazmem. Co więcej, z każdym rokiem jestem tego bardziej pewna. Dlatego wolę siedzieć w domu z psami, żeby mnie nie wzięli za barana albo nie nazwali świnią. Bo w niedzielę do piekarnika.

Za oknami potwierdzenie moich niewesołych wniosków. Śnieg miesza się z wybuchami słońca, zielone, obolałe pączki cukrowej róży co chwila przymarzają do płotu, Maks ma zapalenie ścięgna i nową dziewczynę – Lubą. Cierpiąc przy każdym gwałtownym ruchu skacze na nią i dyszy, po części z bólu a po części z natury. I cóż z tego, że on jest kastratem a ona nigdy nie zostanie matką. Z naturą nie wygrasz, natura nie jest w ciele, natura jest w odruchach ciała. Jak się wiosna przepycha przez dziurkę od klucza w ilości zdolnej zapłodnić całą galaktykę to taki manewr nie może się obyć bez ofiar. Wiosna to piękna katastrofa, której, niestety większość z nas nie potrafi przeżyć. To właśnie nazywam Wielkanocą.

 

 

WIELKI POWRÓT PODKOLANÓWEK

Wczoraj po raz pierwszy od wielu miesięcy zobaczyłam miejskie morze sklepów i zanurzyłam się w nim z pełną premedytacją pozostawiając auto pełne psiej sierści i końskich zapachów w luksusowej myjni. Marzyłam, żeby na dwie godziny zapomnieć o psach, które czekają na wybawienie, o dobroczyńcach i złoczyńcach, o portrecie na sztaludze a nawet o książce, którą czytam, żeby zapomnieć o tym, co wyżej wymieniłam. Zamierzałam się zamknąć w przymierzalni ze stosem swetrów, które iskrzą podczas zdejmowania i robią z mojej głowy naelektryzowaną miotłę. Po dwóch godzinach szamotaniny jedynym kryterium zakupu jest to, czy dana rzecz mnie kopie, czy nie kopie. Chcąc nie chcąc staję się chodzącym wykrywaczem sztucznych włókien. Do wyboru pozostaje mi dosłownie kilka rzeczy w mieście. Trafienie ich jest cudem, bo wszystko już na tym świecie ma domieszkę diabła. Jedynym pewniakiem są książki, one nie kopią, przynajmniej w dosłownym znaczeniu. Czas spędzony w księgarniach nie jest u mnie wynikiem snobizmu (według cytatu z amerykańskiego filmu, który ostatnio widziałam – on do niej – oglądasz filmy? Nie, czytam książki. O, to widzę – snobka. Załamałam się. ) – no więc nie jest wynikiem snobizmu tylko sposobem rozmagnesowania ciała.

Iskrząc przeciwnymi ładunkami i kierując się w stronę sklepu wciąż jeszcze zwanego księgarnią, (długo to nie potrwa – będzie – snob shop) rozglądałam się za cienką bawełnianą czapką, bo ostatnia, jak wiadomo, spłonęła mi w Krakowie. W sklepie z czapkami który teraz się nazywa „akcesoria”, na gigantycznym zdjęciu wypełniającym całe tło za uroczą ekspedientką widniała ogromnych rozmiarów chuda starucha obwieszona biżuterią, w leginsach i żółtej tunice, w szpilach, z pazurami i setką białych, ogromnych zębów oprawionych w czerwone usta. Krzyknęłam prawie. Napis informował , że nawet jak masz sixty to se możesz takie akcesoria. Hmm, sixty…Czyli panna niewiele starsza ode mnie, ze trzy lata. Mogłyśmy chodzić do tej samej szkoły. Zamiarem tego szokującego obrazu starości na obcasach było przełamanie tabu, jakim jest połączenie mody i geriatrii, ale nie dajmy się omamić. Chodzi o to, żeby w każdym wieku kupować akcesoria a więc nie stracić klienta nawet wtedy, kiedy klient straci młodość. A także o to, żeby osoby od sixty w górę wiedziały, że starość jest obciachowa i trzeba ją „zanegować, oswoić, uczynić kolorową,” a przede wszystkim nie używać słowa „starość” bo to jest brzydkie słowo. Starości nie ma w kulturze, chociaż w naturze istnieje. Chcesz się starzeć, wracaj do lasu a nie szwędaj się po galerii handlowej.

Wróciłam więc do lasu z książką i dodatkiem w postaci bawełnianej czapki. Idąc w stronę parkingu zobaczyłam się w ogromnym lustrze za ostatnim sklepem i po raz pierwszy od 56 lat uznałam swój widok za zadowalający. Bardzo się sobie spodobałam. Nie podobałam się sobie od końca podstawówki, kiedy dotarło do mnie, że noszenie podkolanówek nie ma nic wspólnego z atrakcyjnością. Potem było już tylko gorzej. Myślałam nieustannie, że jestem za gruba, albo za mała,  że mam krótką szyję, kwadratowe paznokcie i niskie czoło, nie mówiąc o niedostatkach garderoby. Wobec niedoskonałości natury posiadanie ciuchów było dla mnie przewodnim motywem życia przez jakieś 40 lat. Nigdy nie byłam tym, co jem, ani tym, co wiem, zawsze tym, co noszę. Bez akcesoriów czułam się nic nie warta. Albowiem wartość, jaką niewątpliwie przedstawiałam sama dla siebie wydawała mi się niemożliwa do zauważenia dla innych. Aż do chwili, kiedy ostatni „inny” zniknął z mojego życia, składającego się już wyłącznie ze swoich. Potem zniknęli również swoi, został tylko las. Życie samo zamknęło mnie na odwyku od bycia tym, co noszę. Poczułam magię podkolanówek. Całą zimę biegałam po lesie w jakichś bliżej nieokreślonych, wygodnych rzeczach.  Nie kupiłam sobie nowej stare_fotografie_10[1]kurtki, ani nowych rękawiczek, ani butów. Wszystko co było w domu okazało się całkowicie wystarczające na zimę w lesie. Zaczęłam myśleć kategoriami podstawowych potrzeb – po co mi nowa kurtka, jeśli ta, którą mam nie jest ani dziurawa, ani zniszczona? Podobnie buty, spodnie, swetry, torebka. Nagle się okazało, że mam już kupione wszystko do końca życia! Cud będzie, jak zdążę wynosić. Kiedyś czekałam na lato, żeby założyć podkolanówki, nie kupić, tylko założyć. Nie był istotny kolor, marka, wzorek tylko uczucie lekkości nóg nie obleczonych w straszne, szorstkie, zjeżdżające rajtki. W podkolanówkach byłam panią swojego losu. W rajtkach byłam skutym więźniem. Przez 40 lat byłam skutym więźniem swojego zewnętrznego wyglądu, moje biedne ciało oplatały rajtki. Po czterech miesiącach biegania po lesie wyciągnęłam ze stajni zaspanego konia i zrobiłam pierwszą wiosenną jazdę czując się jak dziecko które dorwało hulajnogę. Po czterech miesiącach po raz pierwszy zobaczyłam się w dużym lustrze, w pełnym świetle, w centrum handlowym. Byłam ubrana w zeszło, zeszłoroczny płaszcz, zeszło, zeszło, zeszłoroczne buty, porządne rękawiczki od Maćka, tylko trochę obżarte przez psy. Stałam tam bez grama makijażu, z absolutnie własnym kolorem włosów, w spodniach ciągle w sam raz pomimo trzech lat od zakupu i ….  bez akcesoriów. I to, co mi się tak nagle spodobało w tym durnym lustrze, to byłam ja. Zobaczyłam siebie. To było największe odkrycie od czasu, kiedy odkryłam podkolanówki.

 

 

 

WIELKA NICOŚĆ

971664_257255674415328_1447786556_nByło lato, było jeszcze zdrowie, był pieniądz. Na festiwalu słynnym, choć bez szans na przymiotnik „kultowy” – Maciek poznał potwornie bogatego Żyda z Holandii. Człowiek ten, od stóp do głów odziany w markę burberry (nawet skarpetki miał w firmową kratkę) – podobnie jak całe towarzystwo ukrywające się tak, żeby ich wszyscy widzieli – na ohydnie brzydkim tarasie hotelu gwiazd – sączył drinki z palemką i koncertowo się nudził. Z trzech metrów król życia, z bliska – ruina życia. Opowieść miał straszliwie smutną, zaczynała się od dziury w płocie warszawskiego getta, przez którą matka zdołała go wypchnąć i wtedy ostatni raz widział matkę. Ukryły go zakonnice w wielkim kościele i wtedy ostatni raz się modlił. Potem już całe życie robił pieniądze w Holandii. Z panem Bogiem spotkał się dopiero w dniu śmierci swojej żony. Wszystkich mu zabrała wojna, a żonę mu zabrał rak. Zarzucił panu Bogu najgorsze, czyli to, że nie istnieje. Duszę sprzedał diabłu za małe pieniądze, bo duże już miał. Jeździł po festiwalach, podrywał gwiazdy na skarpetki burberry i pił od południa. Postanowił tak robić aż do śmierci a kasy starczyłoby mu i na życie wieczne. Ten przerażający obraz bajecznej pustki rozwinął jak wielki banknot przed bogu ducha winnym aktorem drugoplanowym przy stoliku na festiwalowym tarasie. Aktor zignorował banknot ale zauważył pustkę. Odtąd pozostawali w osobliwej przyjaźni. Poznałam go jakieś dwa lata później podczas upalnego otwarcia sezonu na ostrygi (???). Impreza była zamknięta, jednakże tylko z nazwy, albowiem miała miejsce na samym środku placu teatralnego, żeby z każdej strony było dobrze widać kto się z kim zamknął. Nienawidzę ostryg, znaczy – jeść ostryg. Niech se żyje – jak mówił Franek nie rozdeptawszy ślimaka. Z ostrygami jest identycznie. Niech se żyją. Z imprezy pamiętam tylko to, że byłam potwornie głodna. Niczego prócz ostryg nie podano. Śmierdziało glonem. Mało nie zemdlałam od upału i szampana na pusty żołądek. Było mi niedobrze, miałam podwójne widzenie i oblewałam się potem. Nareszcie ostrygi się skończyły i podążając tropem burberry trafiliśmy do ogromnego mieszkania, gdzie znowu był szampan i paluszki. Dzięki paluszkom przetrwałam kolejne dwie godziny. Siedzieliśmy na skórzanych fotelach cierpiąc głód w towarzystwie najbogatszego człowieka w całym pionie ( mam na myśli pion apartamentowca) i ten człowiek powiedział coś, czego do końca życia nie zapomnę – jest dopiero druga po południu a ja już jestem tak pijany, że nie mogę więcej pić i co ja mam teraz ze sobą zrobić do jutra rana? Nie mieliśmy pojęcia co ma ze sobą zrobić samotny starszy pan z wypchanym portfelem, wystarczająco inteligentny, żeby czytać Prousta, ale zbyt pijany, by otworzyć gazetę. Na tyle przytomny, by mieć świadomość swojego rozpaczliwego położenia. Inteligencja na niewiele się przydaje bez dyscypliny, a on porzucił dyscyplinę. Rzeczy o których marzył, nie dało się kupić, a niczego, co dałoby się kupić, mu nie brakowało. I zostawiliśmy go w pustym mieszkaniu z resztą szampana, o drugiej w południe, w bardzo drogim apartamentowcu. I niechybnie zniknąłby na zawsze ów nieszczęśliwy człowiek z metką burberry w odmętach moich wspomnień z czasów dorosłości gdyby nie wczorajszy film „Wielkie piękno ”, o godzinie 21 w canal plus.

Oglądałam to wielkie piękno niczym ogromnego, martwego gada w rajskim ogrodzie. Sam ogród też był rajski tylko z daleka. Krążyły po nim spalone fioletowym słońcem ofiary skalpela, jak lalki barbi znalezione na śmietniku. I chociaż usiłowały coś mądrego powiedzieć ich mowa grzęzła w botoksie. Przeciwstawiona im bezzębna, obłąkana siostra w stylu Matki Teresy – okazała się równie karykaturalna. Musiała być taka, żeby zrównoważyć grzech wszechogarniającego zaniechania. Bilans co prawda wychodzi na zero, ale nigdy nie słyszałam, żeby zero kogoś uleczyło. Sam bohater, (w przeciwieństwie do swojego pierwowzoru z metką burberry) miał jeszcze tyle zdrowia, żeby pić do późnej nocy. Podobnie jak tamten wiódł sztuczne życie pośród  implantów piersi i wypolerowanych szkieletów oblanych jedwabiem. Nie jestem pewna, czy reżyser był świadom, jak straszliwą nakręcił karykaturę elegancji. Bo prawdziwe wielkie piękno tkwi w elegancji. O elegancji pisał Rubinstein w swoim dzienniku, że się skończyła wraz z wybuchem drugiej wojny. I nic jej nie wskrzesi na salonach, żeby się cała starożytność ustawiła jako tło. Świat, który kiedyś wypowiadał mądre myśli, nawet jeśli dekadenckie, nawet jeśli samobójcze– ten świat się skończył, zamienił się w kolejną, bogatszą lub biedniejszą wersję festiwalu w Międzyzdrojach. Hołotę można wystylizować, ale nie można jej ożywić. Nic się nie dzieje, w kosmosie nie powstaje nawet ślad naszego wielkiego piękna. Film jest marną resztką tego, co pozostało po Dolce Vita Felliniego. Codziennie ktoś wymyśla nowe wielkie piękno i woła – musisz to mieć! Niedobrze mi i bez ostryg. To się na pewno skończy i w tym cała moja nadzieja. Że to wielkie piękno raczy się okazać śmiertelne.